9 października 2016
Około pierwszej w nocy lądujemy w Doha. Środek nocy a temperatura na zewnątrz – 26 stopni. Mam wrażenie, że lotnisko ciągnie się kilometrami. W końcu znajdujemy pomieszczenie do odpoczynku. Oddzielne dla Pań i Panów. Miejsca do leżenia z początku wydają się całkiem wygodne. Niestety, już po godzinie dochodzę do wniosku, że jego kształt został specjalnie zaprojektowany, by dało się na tym wytrzymać góra kilka godzin. Z każdą kolejną upływającą godziną jest coraz gorzej, wszystko boli coraz bardziej. Teraz już marzę o zwykłej drewnianej ławie. I nie dziwi mnie fakt, że kilka osób w akcie desperacji położyło się obok tych superanatomicznych leżanek na twardej i zimnej podłodze. W końcu świta. Czuję się jak po ciężkiej imprezie. W sumie dwie noce nieomalże bez snu, czemu się zatem dziwić. Samolot dopiero o 14. Dużo czasu. Czas zabijamy na różne sposoby. Można na przykład pójść zwiedzić lotnisko. A w zasadzie to jest co.
